Jestem wstrętnym Polakiem-cebulakiem, nie chcę auta elektrycznego i SCT. Mam ku temu dobre powody

Nadchodzą zmiany. Duzi gracze chcą, żebyśmy jeździli po Polsce autami elektrycznymi. Tylko jakoś nie palimy się do tego, co pokazały raporty o sprzedaży EV. O wielcy tego świata, nie róbcie pysia zdziwionego Pikachu, mamy swoje powody. Dobre powody.

moto
Hubert Sosnowski27 listopada 2023
24

Jestem jednym z tych wstrętnych Polaków-cebulaków, którzy nie ufają nadchodzącej rewolucji w transporcie i którzy wolą ryk silnika spalinowego (albo cichy pomruk, nie trzeba być dupkiem z przewierconym tłumikiem wkurzającym sąsiadów). Nie zrozumcie mnie źle. Boję się, czy dotrwamy do 2050 roku. Wierzę, że ocieplenie klimatu może nas wytępić niczym muchozol. Bardzo chciałbym zasiąść za sterami maszyny, która nie zatruwa środowiska spalinami, generuje świeże powietrze albo jeździ dzięki jakiemuś innemu czystemu źródłu energii. Problem w tym, że rozwiązania, które chcą nam wcisnąć, póki co nie rozwiązują niczego i budzą więcej obaw, że zaszkodzą. Mnie, środowisku, Wam. Mogą nam dowalić zwłaszcza w zakresie samochodów, indywidualnego transportu, motoryzacji. W zakresie wolności przemieszczania się. Nic więc dziwnego, że według najnowszych raportów my, Polaki-cebulaki nie szalejemy za EV. Nasza nieufność nie wzięła się z powietrza.

W ramach odświeżenia pamięci i wprowadzenia dla mniej zainteresowanych: zaniedbaliśmy stan planety. Wielkie miasta duszą się smogiem, są zakorkowane. To absolutnie zmyślone globalne ocieplenie powoduje radykalne zmiany pogody, susze (ale przecież staremu panu politykowi z bujnym wąsem i dziwnymi odzywkami jest miło i ciepło w umęczone kości, więc o co chodzi, wszystko spoko), intensyfikuje kataklizmy. Oj tam, oj tam. No, ale przynajmniej część korporacji i polityków podłapała temat, więc wdrażają plany awaryjne. Flagowym gadżetem takich planów jest elektromobilność, czyli samochody i inne środki transportu na prąd.

Jestem wstrętnym Polakiem-cebulakiem, nie chcę auta elektrycznego i SCT. Mam ku temu dobre powody - ilustracja #1
Fot. Sean Riley / Flickr.

Zarówno świat, jak i Polska razem z Europą, wzięły się za samochody. I oczywiście robią to w najgorszy możliwy i nieprecyzyjny sposób. Zwłaszcza u nas. W ramach odblokowania funduszy KPO musimy dostosować transport i emisyjność do warunków unijnych. Oznacza to trzymanie się coraz bardziej restrykcyjnych norm emisji spalin, wprowadzanie Stref Czystego Transportu (obszary, do których nie mogą wjechać starsze, kopcące maszyny, a jedynie elektryki, nowe kopcące maszyny oraz kopcące maszyny z opłaconymi żółtymi blachami), niemożność zarejestrowania samochodu spalinowego po 2035 roku (niby to dużo czasu, ale…) oraz nakładanie podatków od aut spalinowych i wdrożenie programów, dzięki którym przesiądziemy się na nowe, ekologiczne samochody, najlepiej elektryki. Elektryki, na które nasz kraj nie jest gotowy.

Danger, danger! High voltage

Elektryki przebyły długą drogę do całkiem funkcjonalnego stanu, w jakim znajdują się teraz. Niektóre nie wyglądają nawet przesadnie paskudnie, a kilka nadciągających projektów zapowiada się obiecująco. Wbrew tytułowi – jakbym dostał Dodge’a Chargera Daytona Banshee, to bym jeździł jak kto głupi (choć nawet on dostanie prawdopodobnie wersję spalinową, tyle że nie z legendarnymi silnikami Hemi V8, a sześciorzędowym, uturbionym Hurricane). Tylko że to wciąż nie są samochody na polskie drogi. I przede wszystkim nie dla polskiego kierowcy.

Jestem wstrętnym Polakiem-cebulakiem, nie chcę auta elektrycznego i SCT. Mam ku temu dobre powody - ilustracja #2
Ok, takie EV to ja rozumiem. Źródło: Raiti’s Ride / YouTube.

Elektryki wciąż kosztują krocie. Są droższe od spalinowych odpowiedników. Wystarczy rzut oka na porównywarki internetowe. Najtańsze EV kosztują 100-130 tysięcy złotych. I mówię tu o małych miejskich pierdzikach, do których zapakujemy zakupy, ale takie z Żabki. To czterokołowe, niezbyt urodziwe pchły w stylu Dacii Spring Cargo, Fiata 500e czy Smarta EQ. Uroda to zresztą ich najmniejszy problem. Za ciężko zarobione lub pożyczone pieniądze kupujemy urządzenia o ograniczonej funkcjonalności.

Takie drobiazgi poradzą sobie w mieście, ale w trasę bym ich nie zabrał. Są mało pakowne i przede wszystkim umiarkowanie bezpieczne, kiedy może w Ciebie wjechać rozpędzony SUV tego buraka, który na autostradzie zawsze przykleja się do tylnego zderzaka i ma słabość do mrugania długimi światłami.

W zamian za „stówę” można kupić choćby Skodę Octavię z salonu albo Hyundaya Elantrę – wozy pełnowartościowe, które sprawdzą się w mieście, na trasie i zapakujemy tam kilka osób z bagażami. Wozy budowane w oparciu o sprawdzone technologie, rozumiane przez naszych mechaników. Cenę EV, oczywiście, można zbić dzięki programom w stylu „Mój elektryk” oraz dzięki Karcie Dużej Rodziny, ale wtedy urwiemy od około 18 do 27 tysięcy złotych (to ostatnie z Kartą Dużej Rodziny). Czyli najtańsze elektryczne wozidełka mogą nas ewentualnie kosztować 70-80 tysięcy. Ale pozdrawiam tego, kto chce przewieźć rodzinę Fiatem 500e.

Elektryki wciąż borykają się z problemami. Po pierwsze czas pełnego ładowania nadal liczony jest w godzinach, a zasięgi nie zachwycają, chyba że możemy się szarpnąć na Porsche, topowe BMW lub Teslę. Ale mówimy o perspektywie przeciętnego Kowalskiego, któremu wystarczy Opel lub Passat. Wiecie, tankowanie spalinówy w trasie nie stanowi problemu, bo trwa maksymalnie kilka minut, nawet jeśli lejemy do pełna, a stacje znajdziemy nawet w losowym Pcimiu Dolnym. Pewnie, Toyota pracuje nad nową generacją baterii, których ładowanie zajmie z 10 minut, a przejedziemy na nich i 1000-1200 kilometrów (jeśli to się uda, to poproszę).

Samozapłony to trochę chochoł, ale jednak się zdarzają, zwłaszcza na nadmorskich terenach, a gaszenie tego cholerstwa sprawia problemy. Do tego mechanicy faktycznie nie chcą przy tych furach pracować. Odpada też najbardziej ekologiczny aspekt czyli recykling, bo jeśli baterie Ci się popsują, to masz praktycznie wóz do wymiany.

Jestem wstrętnym Polakiem-cebulakiem, nie chcę auta elektrycznego i SCT. Mam ku temu dobre powody - ilustracja #3
Fot. Dennis Elzinga / Flickr.

Dochodzi do tego fakt, że gros aut elektrycznych wygląda bezbarwnie. Paskudnie. Nudno. To ta najbardziej obła, wygładzona wizja przyszłości, pseudo-bezpieczna wizerunkowo. Poza pojedynczymi wyjątkami jak nadciągający Charger czy nawet elektryczny Mustang (mimo wszystko) – marność nad marnościami. Jeśli kiedykolwiek będzie mnie stać na wóz z tej półki cenowej, to wybiorę coś zaprojektowanego zdecydowanie ciekawiej niż elektryczna mydelniczka na kółkach.

Przypomnę też, że w Polsce jeszcze przez dobre dziesięć-piętnaście lat samochody elektryczne to w istocie będą samochody na węgiel. Większość naszej energii (ponad 70%) wciąż pochodzi z przetwarzania tej czarnej trucizny, przepraszam, czarnego złota, czy tego chcemy czy nie. Tak będzie przynajmniej do 2033 roku, kiedy to BYĆ MOŻE (oby) ruszy elektrownia atomowa. Pierwsza, a przyda się raczej kilka, choć na początek dobre i to. Dopóki większość naszej energetyki nie będzie się opierać o atom i źródła odnawialne – a do tego długa droga i jak to u nas, może się przeciągnąć – nazywanie elektryków rozwiązaniem ekologicznym stanowi spore nadużycie semantyczne.

Money For Nothing

Samochody elektryczne to na razie słabe rozwiązanie nawet przy dofinansowaniach. Albo kupujemy po (względnej) taniości zabawkę na małe dystanse, albo stać nas na dowolną maszynę, a wtedy to już naprawdę możemy przebierać we wspaniałych samochodach – na szczęśliwców czekaja choćby ostatnie sztuki Kii Stinger GT. I umówmy się, jeśli ktoś zakłada rodzinę, to będzie szukał raczej dużego sedana (niestety, to wymierający gatunek, choć mam nadzieję, że nie do końca), kombi lub SUV-a. A te w wydaniu elektrycznym to wyższa półka cenowa. Od 150 tysięcy w górę. Przypomnę, Polska to kraj, w którym gros społeczeństwa zarabia 3500-5000 złotych miesięcznie netto (albo i mniej…), a jakoś musi się dostać z punktu A do B.

Znaleźliśmy na to obejście już dawno – rynek aut używanych. Wiadomo, trzeba uważać na pułapki zastawione przez cwaniaków i Januszy biznesu, ale na rynku wtórnym znajdziemy kapitalne maszyny dla bardzo zróżnicowanych klientów. Już za 10-20-30 tysięcy można odłowić sensowne, funkcjonalne auta w stylu podstawowych wersji BMW e39 (pytanie, ile czasu nimi pojeździmy w obliczu podbijania norm Euro w Strefach Czystego Transportu, których to stref będzie coraz więcej), nie mówiąc już o prostych rodzinnych wozidłach. Jeśli wchodzisz na taki rynek ze 100 tysiącami, to możesz nawet myśleć o sprowadzeniu całkiem sensownej bestii ze Stanów (to całkiem zabawne, że niemal 6-litrowe smoki w stylu Mustangów czy Chargerów spełniają normy Euro 6, ale mój Opel Astra G 1.6 to morderca i truciciel środowiska – tak wiem, inna technologia, inne filtry i zabezpieczenia).

Macie duże pole do popisu i jeśli umiecie wybierać auta albo znacie kogoś, kto to potrafi – znajdziecie coś zdecydowanie bardziej praktycznego niż Fiat e500, jak słodką popierdółką by nie był. Coś znacznie trwalszego i zbudowanego z lepszych materiałów. A podawałem tylko te przykłady, które interesują mnie. Dla Was jest całe morze SUV-ów, hatchbacków, kombi, rodzinnych wozideł na 7 osób – do wyboru, do koloru. Problem w tym, że ten rynek może zostać mocno ograniczony przez Strefy Czystego Transportu w miastach oraz podatki od aut spalinowych.

Tam zaś, gdzie można wycisnąć kilka dodatkowych złotych z obywateli – ktoś kreatywny na pewno znajdzie sposób, by to zrobić. Dla dobra ekologii i świata, żeby być dobrym człowiekiem, oczywiście. Nie chcecie przecież być niedobrymi ludźmi, prawda? Może więc tak się zdarzyć, że w ten czy inny sposób, zostaniemy ograbieni z tańszej alternatywy.

Jestem wstrętnym Polakiem-cebulakiem, nie chcę auta elektrycznego i SCT. Mam ku temu dobre powody - ilustracja #4
Fot. Car leasing made simple / Flickr.

Wybaczcie, nie zarabiam tyle, by rozważać czy stać mnie na wóz za 100 czy za 150 tysięcy, niezależnie od tego, co go napędza. Mało kto z nas tyle wyciąga. Jeżdżę starą, poczciwą Astrą kombi z 2002 roku z przepotężnym silnikiem 1.6. Pracuję z domu, ale i tak potrzebuję tego wozu, by dojechać czasem do redakcji GOL-a albo na drugi koniec Polski do rodziny, nie mówiąc już o wyjazdach służbowych czy wypadkach losowych. Nie będę też ukrywał, że jazda nawet tak podstawowym wozikiem, daje mi autentyczną radochę. Jakby mnie było stać, przesiadłbym się na coś żywszego i mocniejszego, ale i tym idzie się pobawić.

Zakładam, że sporo spośród Was, czytelniczek i czytelników, ma podobną sytuację. Jeździcie starym, ale poczciwym i tanim w utrzymaniu gracikiem, który spełnia swoje zadanie. Robicie to, bo musicie. Niektórzy jeszcze czerpią z tego jakąś frajdę, ale to drugorzędne. Parę osób pewnie nawet potrafi po kosztach te trupki samemu naprawić, bo to w gruncie rzeczy zaawansowana wersja składania klocków LEGO lub mebli z Ikei. Nawet ja parę pierdół potrafię przy „asterce” ogarnąć. To często tanie i proste. Elektryki wymagają specjalistycznego serwisu, podobnie jak co bardziej zaawansowane nowoczesne maszyny znanych producentów.

I teraz nas, zarabiających tyle, ile zarabiamy, chce się docisnąć na różne sposoby, które wymieniłem. Podatkami od aut spalinowych (na razie jedynie możemy spekulować, jakie przeliczniki wejdą w życie, opieranie się o stare to wróżenie z fusów). Strefami Czystego Transportu (wjadą tam tylko wozy spełniające wysokie normy spalania, pojazdy nisko i zero-emisyjne). „Zachęca się” nas do przesiadki na coraz droższe w utrzymaniu wozy. Wozy, na które nas nie stać.

Takich samochodów, jakimi jeżdżę ja i spora część z Was, znajdą się w Polsce miliony. Jeśli zostaniemy za kilka lat zmuszeni do ich porzucenia, to szykuje się katastrofa nie tylko dlatego, że transport publiczny może tej przesiadki nie wytrzymać. Gdzieś trzeba będzie zezłomować (albo sprzedać) te miliony wozów. Sprawnych wozów. I trzeba będzie wyprodukować w zamian miliony nowych pojazdów. Z wydartego ziemi metalu, z tworzyw sztucznych, z krzemu do procesorów (w przypadku elektryków – także litu do baterii). To wszystko też zostawi ślad węglowy, z którym rządzący tak bardzo chcą walczyć. No, zawsze można próbować nam wcisnąć wszystkie te pojazdy elektryczne, które się nie sprzedały i zalegają po parkingach i cmentarzyskach (np. w Chinach).

Crazy Train

Osły, które w obliczu tego wszystkiego będą się kierować retoryką, że jeśli nie stać nas na nowy i/lub niskoemisyjny wóz, to przerzućmy się na transport publiczny – powinny od razu podać się do dymisji. Ewidentnie nie rozumieją swoich wyborców, poza tymi paroma ze szczytu stolicy i innych dużych miast. Udają też najpewniej, że nie widzą problemów trawiących ten kraj.

Już pomijam rosnące ceny biletów, ale jakość polskiego zbiorkomu to jakaś porażka. Przez kilka lat po inwestycjach PKP przypominało usługę skierowaną do ludzi, ale te czasy już minęły. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jechałem punktualnym pociągiem, w którym wszystko działało.

Każde z nas ma pewnie takie „kawiarniane” przykłady, jak to, że PKP zdarza się sprzedać więcej biletów, niż pociąg jest w stanie zmieścić osób, nie tylko jeśli chodzi o miejsca siedzące. Już pomijam osobiste przygody z „gaszeniem” czyjegoś wstępu do przemocy domowej (co pewnie nic nie dało, bo w domu zawsze można liczyć na drugą rundę, bez natrętów). Między mniejszymi miejscowościami, zwłaszcza w Polsce Wschodniej, połączeń macie tyle, co kot napłakał. Ta usługa zeszła na psy. Odstaje od standardów europejskich, panuje tam chaos. I w ogóle z czego rządzący mają inwestować w reanimowanie PKP i okolic?

To może transport miejski? Wynajem wozu nie jest tani. Tramwaje i busy ciągle się spóźniają, są przepenione, wadliwe, w takim Wrocławiu zdarza im się „wyskoczyć” z torów. Do małych miejscowości dojeżdżają po trzy busy dziennie.

Jestem wstrętnym Polakiem-cebulakiem, nie chcę auta elektrycznego i SCT. Mam ku temu dobre powody - ilustracja #5
Król i władca polskiej wsi… | Fot. Piano Piano! / Flickr.

Może zdarzyć się mnóstwo prostych, życiowych sytuacji, w których nawet najlepiej naoliwiona maszyneria zbiorkomu nie podoła, nawet przy wsparciu taksówek i służb publicznych. Kiedy trzeba zawieść bliską osobę do szpitala – albo odebrać.

Drodzy mistrzowie złotych, prostych porad! Spróbujcie sprzedać swoje głodne kawałki facetowi, którego żona zaczęła rodzić. Osobie, której podstarzały rodzic potrzebuje natychmiastowego transportu do szpitala. Nie, słodkie letnie dzieci, możecie zaklinać rzeczywistość, ale samochody są nam potrzebne. Samochody to wolność, swoboda i przede wszystkim skuteczność przemieszczania się – tam gdzie chcemy i musimy. Zarówno Ford Mustang Elessara z tvfilmy, jak i stary Passat 1.9 TDI da nam więcej swobody i sprawczości niż wychuchane Pendolino i żadne zaklęcia tego nie zmienią.

Czy jestem wobec tego przeciwny zmianom? Benzyna na zawsze w serduszku? Otóż nie. Zmiany i tak nadejdą. Samochody ulegną modyfikacjom. Bardzo chciałbym, żeby nadeszły w formie, która nie dojedzie obywateli, których rzekomo chce tu się bronić. Żeby zostawiono nam wybór. Politycy i inne szychy w garniturach bardzo mało mówią o jakichkolwiek alternatywach dla elektryków. A te powstają. Porsche testuje paliwo syntetyczne jako alternatywę dla benzyny i wypuściło pierwszą partię.

Gdzieś na uboczu całego dyskursu zainwestowano w Polsce w rozwój infrastruktury pod lanie HVO 100, oleju napędowego do Diesli powstającego z resztek ziemniaków (i innych resztek spożywczych). Z przesiadką na HVO 100 wiąże się mniej spektakularna i teatralna zmiana, bo nie trzeba napędzać rynku elektryków, a jedynie dokonać modyfikacji w naszym poczciwym silniku-klekocie. Rozwiązanie tańsze i bardziej w zasięgu Kowalskiego, ale ciężej zrobić o nim efektowną relację na Instagrama ze wzruszającą muzyką. A emisja toksycznych substancji do środowiska spadnie o kilkadziesiąt procent. I wystarczy do tego kupienie np. starej Alfy Romeo 159, za 20-40 tys. zł, zamiast nowiuśkiej Tesli. Rozwiązanie przetestowano już zresztą w polu.

Jestem wstrętnym Polakiem-cebulakiem, nie chcę auta elektrycznego i SCT. Mam ku temu dobre powody - ilustracja #6
Zobaczymy, co do powiedzenia niedługo będzie miała Toyota. | Fot. More Cars/ Flickr.

Mało? Toyota kombinuje zarówno z bardziej wydajnymi bateriami, które będzie się ładować w 10 minut, jak i z napędem wodorowym. A wodorowce nie dość, że oddają swoje środowisku, to jeszcze fajnie brzmią, choć jeszcze parę przeszkód technologicznych stoi nam na drodze. A już na pewno budowa infrastruktury pod tankowanie. Choć to i tak wszystko rozwiązania dla ludzi bogatszych, przynajmniej póki co. A jak już ktoś bardzo chce zainwestować w elektryka, to ciekawą i dużo bardziej ekologiczną alternatywą jest kupienie starego wozu, wyprucie z niego części napędu i zamontowanie instalacji elektrycznej. Swap kosztuje od 30 do 100 tysięcy złotych.

Możecie więc polować na samochód za 15-20 tysięcy złotych i nawet przy najbardziej wypasionej opcji „swapa” wyjdzie Wam taniej niż przy nowym sensownym EV – w dodatku istnieje spora szansa, że będziecie mieli samochód ładniejszy i z trwalszych materiałów niż te, które zastosowano w nowych wozach. Nie wiem tylko, jak polskie urzędy udźwigną te wszystkie niuanse i czy w ogóle będą chciały brać to pod uwagę.

Show Must Go On

Wiem, że pewnie znawcy tematu mają do powiedzenia więcej póki co, zarówno jeśli chodzi o elektryki, jak i o warunki wynikające z KPO (które przyjęła odchodząca z urzędu ekipa, przypomnę). Wiem, że pewnie część z Was zna więcej niuansów, być może świadczących o tym, że transformacja nie będzie tak bolesna. Ale właśnie o to chodzi, próbuję teraz pokazać perspektywę żuczka, który musi korzystać ze swojego Opla. Po prostu boli mnie to, że nikt nie konsultuje z nami nic. Nie naprawdę. Nie szczerze i nie pod nasz, obywatelski, interes. Dlatego nie tyle nie chcę elektryka (choć też mam spore wątpliwości), co obawiam się tego, co on obecnie reprezentuje, mechanizmów, jakie pracują w tle tej zmiany.

Wszystko, co się dzieje wokół tematu to relacjonowane przez dziennikarzy i YouTuberów starcie gadających głów. Polityków na górze, prezesów, którzy mają lepsze lub gorsze intencje, ale przede wszystkim zysk przed oczami (fakt, że podwyższają ceny samochodów ze względy na normę Euro 7 na pewno bardzo ich poruszył, nawet jeśli norma ta okazała się bardziej liberalna, niż pierwotnie zakładano i nie będzie wymagała aż takiego wzrostu kosztów, jak zakładali prezesi…). To jest show, jak społeczno-biznesowo-socialowa fasada obśmiewana w serialu The Boys. Wszyscy w pompce mają nas, zwykłych Kowalskich, Schmidtów, Smithów i nasze ograniczenia.

Nawet kiedy pytają, to tak, żeby usłyszeć możliwie najbardziej pasującą do tezy odpowiedź - referenda mają pytania tendencyjne, jadące na poczuciu winy społeczeństwa (opowiadał o tym Motobieda). Najzabawniejsze, że zrobili nam to ci, którzy podawali się za reprezentantów przynajmniej części społeczeństwa. Gościówy i goście, którzy udawali, że są bliscy ludowi, a wynegocjowali przy okazji KPO warunki, które nas dojadą (nawet, jeśli norma Euro 7 zaczęła być odrobinę mniej przerażająca). Szczerze wątpię, czy druga drużyna dużo w tej kwestii zmieni, choć chciałbym się mylić.

Żeby było zabawniej, media też dokładają swoje. Te bardziej mainstreamowe, stojące bliżej społeczeństwa – tego społeczeństwa, którego kierowcy są częścią, przypomnę. I te środki przekazu mocno podkręcały negatywne emocje przy okazji ostatnich głośnych wypadków w Krakowie oraz tragedii na A1, do tego dochodziły zaangażowane artykuły o trawiącym Polaków uzależnieniu od samochodów. Zupełnie, jakby ktoś próbował ukręcić małe, samochodowe „satanic panic”, wzbudzić lęk niczym u amerykańskich rodziców przed Dungeons & Dragons.

I wiecie co, to żaden spisek, ani zmowa. Po prostu próbujemy być lepsi, próbujemy się zmienić i każdy chce dołożyć taką cegiełkę, jaką może. Chaotycznie, ale do przodu. Czasem z poczucia sprawiedliwości, czasem z żądzy zysku. To zrozumiałe, ludzkie. Po prostu niektórzy, niezależnie od zajmowanej pozycji społecznej – politycznej, medialnej, biznesowej – nie potrafią wyjąć głowy z odwłoka, rozejrzeć się i posłuchać tych, których to najbardziej dotyczy. Gdyby to zrobili, może zabraliby się do sprawy lepiej.

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Do GRYOnline.pl dołączył w 2017 roku, jako autor tekstów o grach i filmach. Obecnie jest szefem działu filmowego i portalu Filmomaniak.pl. Pisania artykułów uczył się, pracując dla portalu Dzika Banda. Jego teksty publikowano na kawerna.pl, film.onet.pl, zwierciadlo.pl oraz w polskim Playboyu. Opublikował opowiadania w miesięczniku Science Fiction Fantasy i Horror oraz pierwszym tomie Antologii Wolsung. Żyje „kinem środka” i mięsistą rozrywką, ale nie pogardzi ani eksperymentami, ani Szybkimi i wściekłymi. W grach szuka przede wszystkim dobrej historii. Uwielbia Baldur's Gate 2, ale na widok Unreal Tournament, Dooma, czy dobrych wyścigów budzi się w nim dziecko. Rozmiłowany w szopach i thrash-metalu. Od 2012 roku gra i tworzy larpy, zarówno w ramach Białostockiego Klubu Larpowego Żywia, jak i komercyjne przedsięwzięcia w stylu Witcher School.

Motorola rzuca wyzwanie Samsungowi i zapowiada smartfon wyposażony w sztuczną inteligencję

Motorola rzuca wyzwanie Samsungowi i zapowiada smartfon wyposażony w sztuczną inteligencję

Google może pracować nad nowym Chromecastem

Google może pracować nad nowym Chromecastem

Zmiany w App Store dalej krytykowane przez programistów. Spotify i Epic Games skierowali sprawę do UE

Zmiany w App Store dalej krytykowane przez programistów. Spotify i Epic Games skierowali sprawę do UE

Elon Musk twierdzi, że OpenAI porzuciło misję służenia ludzkości. Sprawa trafiła do sądu

Elon Musk twierdzi, że OpenAI porzuciło misję służenia ludzkości. Sprawa trafiła do sądu

Okulary AR przenoszą oszukiwanie w CS2 na nowy wymiar

Okulary AR przenoszą oszukiwanie w CS2 na nowy wymiar